Dzisiaj dzien niemalze typowo szkocki. Tylko slonca jakby troche za duzo (czyt. poswiecilo tak przez godzinke). Ale deszczu oczywiscie w sam raz - pada od srodka nocy. Saczy sie szybkim prysznicem i za cala herbate Chin, nie chce przestac. Wracajac z pracy pomyslalam, jakby to bylo milo, gdyby w tym roku przyswiecilo tak, zeby chociaz na plaze z Mlodym mozna bylo pojsc. Przy ostatniej przymiarce krotkich spodenek, oczywiscie do biegania po mieszkaniu, nie mogl sie nadziwic swoim lydkom - zdecydowanie zbyt rzadko je widuje. Pogoda wszystkiemu winna!
W domu, jak to zwykle po powrocie z pracy, przywital mnie wielki balagan - porozrzucane zabawki, w zlewie sterta naczyn, jakby pol batalionu wojska jadlo (myslalby kto, ze to sprawka dwoch mezczyzn), obrus posniadanny dalej na podlodze, scierki porozrzucane (Mlody ma manie czystosci ostatnio). Az chce sie wracac...
Po ogarnieciu lwiej czesci skutkow tornada (ja ogarnialam, a kolejny nielad tworzyl sie cichaczem poza zasiegiem mojego wzroku), pochlonelismy z Mlodym niewielki talerzyk frytek calkiem dobrze posolonych i - flashback - widze siebie sprzed lat dwudziestu, na plazy jednego z jezior, w ktorym tak chetnie plywalam, w kostiumie i przybrudzonych szarym piachem nogach z kartonikiem tlustych, osolonych frytek w reku, dziobiac je po dwa plastikowym patyczkiem. I slonce! Ale pal licho slonce, TE FRYTKI! Nigdy nie przypuszczalabym, ze przysmazony kawalek ziemniaka moze wywolac taka lawine wspomniec. Chwilo, trwaj!
No comments:
Post a Comment