Stalo sie. Przewidywalam, bylo to nieuniknione, ale gdzies tlila mi sie nadzieja, ze moze tym razem unikne przyjemnosci. Jednak nie. Jest i konca nie widac. Co takiego? Ano niejedzenie. Nic. Zero. Nul. Nada. Nie chce jesc. Zyje powietrzem i miloscia, czasem popije wody. Od biedy przegryzie stary chleb, jajko (ale tylko biale, bron Boze zoltko sie pojawi na talerzu). Czasem zaszczyci mnie apetytem na makaron z pomidorowka. Moj syn dba o moj portfel najwyrazniej, aczkolwiek stan mojego umyslu chyba jest mu obojetny.
Tak oto dzis w menu powitalismy mleko, wode, gryz jablka, mleko, poltora jajka (oczywiscie - samo bialko) i pare rodzynek. Dochodzi 18:00. Ide rwac wlosy z glowy i wymyslac kolejny jadlospis. Nie pamietam, czy to juz piaty, pietnasty, czy piezdziesiaty. Zaniedlugo wylysieje.