Dzisiaj mielismy przyjemnosc obejrzec Wikingow. szkockich Wikingow, prosto z Glasgow (tu strona). Panowie, panie i dzieci przybyli na mni festiwal w jednym z lokalnych Community Centre.
Od wejscia powital nas zespol harfowy celtyckiej szkoly podstawowej w Edynburgu (tu strona), dziewczynki graly przepieknie. Niestety moi chlopcy ani do znawcow, ani do fanow muzyki nie naleza, nie dali mamie posluchac. ;)
Dalej moglismy podziwiac namioty Wikingow i demonstracje podstawowych narzedzi. Obejrzelismy, na jakiej zasadzie pleciono sznurki, sznury, liny oraz ubrania; czym jedzono (lyzki zrobione z drewna i poroza losia), z czego pito (swietnie kazdemu znane rogi, ktorych nie bylo mozliwosci postawic na stole).
Najwieksza furrore oczywiscie zrobila zbroja, ktora mozna bylo przymierzyc. W ruch poszly zatem helmy, miecze, topory, tasaki oraz tarcze. Przezornie wszystko stepione.
Na dalszym stoisku dzieci (a takze dorosli :) ) mogly same wykonac wlasny helm, topor oraz tarcze.
Kolejnym stoiskiem, przy ktorym spedzilismy bodaj najwiecej czasu, byly - uwaga, uaga - robaki! Tak, robaki, na dodatek jadalne. Mozna bylo sprobowac pieczonych, smazonych, otoczonych w czekoladzie robali, mozna bylo sprobowac lizaka z mrowkami, czy swierszczami.
Odwazni sie znalezli, mozna byblo poznac po torebkach z nagrodami. ;) Mlody bardzo chcial sprobowac, na co zdecydowal sie po polgodzinie. Z poczatku niechetnie, pozniej stwierdzil, ze bardzo smakowalo. Ale drugi raz probowac juz nie chcial. ;) zdecydowal sie na robaka (nie wiadom, jakiego) w czekoladzie.
Kiedy juz sie to udalo, poszlismy czarowac nasze wlasne topory, helmy oraz tarcze. Po ukonczeniu zabawom nie bylo konca. Kazdy chlopiec i co poniektore dziewczynki - wszyscy ochoczo uderzali w siebie toporami. Nie ma co ukrywac, Wikingowie przybyli! ;)
I mama mogla cos dla siebie zrobic - w kolejnym miejscu mozna bylo stworzyc swoja wlasna bransoletke z filcu. Pani zachecala, by nie poprzestawac na jednej, takze wyfilcowalam sobie dwie. Na wiecej nie mialam smialosci. A kolory same prosily o jeszcze! ;)
![]() |
| Bransoletka i medalion. Wlasnorecznie zrobiony przez Mlodego ma sza allah. :) |
Ogolem spedzilismy tam ze 3 godziny i gdyby nie niesprzyjajaca pogoda, prawdopodobnie posiedzielibysmy tam do konca. Niestety przez deszcz nie zostalismy juz na walkach Wikingow, a szkoda. Moze w nastepnym roku sie uda, in sza allah. :)
Po - okreznej - drodze do domu zebralismy troche kasztanow. Jak sie okazuje, jesien juz nadciagnela, choc do konca jeszcze jej nie widac. Moze dlatego, ze lato w tym roku nie rozpieszczalo i bylo nad wyraz chlodne i deszczowe, w przeciwienstwie do lat poprzednich. Drzewa sa nadal zielone, niewiele potracilo swoje liscie.
Zacheceni kilkoma kasztanami, postanowilismy przejsc sie uliczka znana nam z tego, ze rosnie tam wiecej, niz jeden marny kasztanowiec. Oto nasze zbiory:
Jeszcze tydzien, moze dwa i bedziemy mieli caly kosz kasztanow, a za tym ida oczywiscie kasztanowe ludziki! Juz nie mozemy sie doczekac. :)
Wracajac do domu natknelismy sie na likwidacje pewnej marokanskiej restauracji. Do domu przytargalismy dwa niewielkie komplety filizanek i talerzy. Zachecona przez starszego synka wzielam dwa, sama pewnie ograniczylabym sie do raptem dwoch filizanek.
Niestety nie wszystko przetrwalo droge do domu i jedna filizanka wraz z talerzem lekko sie uszczerbily. Nauczona doswiadczeniem bede teraz wozic ze soba dodatkowa torbe. ;)































